Bo wszystko się może zdarzyć!

Tak śpiewa Janusz Panasewicz w „Marchewkowym Polu”, a Anita Lipnicka dośpiewałaby pewnie wers o głowie pełnej marzeń… Od tygodnia nie mam gruntu pod nogami, a moim oczom nie ukazuje się ląd. Za parę godzin będę dokładnie na środku Oceanu Atlantyckiego.

Po zakończeniu pracy na Romei moje bezrobocie trwało zaskakująco krótko. Już w poniedziałek rano odebrałem telefon z jachtu Eminence z propozycją pracy na kilka dni. Nieco później koleżanka z hostelu zapytała, czy nie jestem zainteresowany przepłynięciem Atlantyku. Ja nie? W kilka minut moje referencje i CV były u oficera na mailu. Umówiliśmy się na rozmowę, a kolejnego dnia było już niemal pewne, że popłynę do West Palm Beach. Pozostało tylko potwierdzenie mailowe, które przyszło jeszcze tego samego dnia.

Na pokład 67-metrowego jachtu Sycara V dotarłem w ubiegły czwartek wieczorem. Statek czekał w stoczni w miejscowości La Ciotat. Po krótkim powitaniu, przedstawieniu załogi oraz planu działania trafiłem do kajuty. Okazało się, że będę mieszkał sam. Pokój nie jest zbyt duży, ale jak to mówią: ciasny ale własny. A w dodatku z łazienką. Na drugi dzień należało tylko sprawdzić, czy po pracach konserwacyjnych wszystko pracuje jak w szwajcarskim zegarku i już mogliśmy wyruszyć w kierunku Gibraltaru.

I tak zostałem deckhandem, czyli majtkiem lub – jak kto woli – pomocą pokładową. Cumowanie, liny, obijacze, mycie pokładu, polerowanie, a z czasem obsługa wszystkich zabawek wodnych. Pierwszego dnia rozpoczęły się szkolenia z BHP. Doświadczony, 63-letni kapitan Stewart na każdym kroku powtarza, że bezpieczeństwo przede wszystkim. Dzięki skrupulatności Stewarta każdy będzie wiedział, co ma robić, jeżeli pojawi się niebezpieczeństwo.

W trakcie rejsu obowiązują zmiany. Dwa razy dziennie przez cztery godziny towarzyszymy oficerom na mostku. Moje wachty trwają od 2:00 do 6:00 i od 14:00 do 18:00. Co godzinę wypełniam księgę pokładową z pozycją i kursem jachtu oraz robię obchód, sprawdzając, czy wszystko na zewnątrz i wewnątrz statku jest ok. W wolnym czasie uczę się nawigacji, wiązania lin i czytam dokumenty bezpieczeństwa.

Załoga to istna mieszkanka kulturowa. Na pokładzie jest w sumie 13 osób. Oprócz mnie są tu załoganci z: Ukrainy, Niemiec, Danii, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Szkocji, RPA, USA, Nowej Zelandii i Australii. Na każdym kroku słyszę ciekawe historie z różnych stron świata.

Podróż na Gibraltar trwała prawie 5 dni. Był to dla mnie pierwszy tak długi czas na morzu. Podczas rejsu przekonałem się, jak wygląda 6 stopni w skali Beauforta i czym objawia się choroba morska. Na szczęście i z tym i z tym rozprawiłem się do końca.

W Gibraltarze spędziliśmy niecałe dwa dni. Kapitan zafundował nam wycieczkę na skałę Herkulesa, gdzie wszedłem do jaskini podświetlonej kolorami tęczy. Według mitów greckich to właśnie ubóstwiony heros otworzył wejście do Morza Śródziemnego, oddzielając Afrykę od Europy. Oczywiście poznaliśmy tutejsze małpy, które po wyczynach Herkulesa zostały po tej stronie lądu, żeby podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Gibraltar wciąż należy do Brytyjczyków, więc płaci się tu funtami. To nie była dla mnie nowość, ale lotnisko, przez które biegnie ulica, to już tak. Kiedy samolot startuje lub ląduje, ulicę zamyka się szlabanami – taki przejazd samolotowy. Samo miasteczko jest całkiem urocze. Sporo tu kawiarni, gdzie można przysiąść i odpocząć. Kapitan zabrał nas wieczorem na kolację – ostatnią na Starym Kontynencie. Tutejsza restauracja serwuje smaczne jedzenie, a ja w międzyczasie mogłem zintegrować się z załogą.

(Zdjęcia dodam jak tylko zasięg internetu będzie lepszy. Środek oceanu i satelita nie wyrabia, wybaczcie ;) )

IMG_6959 IMG_6960 IMG_6961

IMG_6963 IMG_6969 IMG_6970

IMG_6971 IMG_6972 IMG_6974

IMG_6975 IMG_6984 IMG_6986

IMG_6987 IMG_6988 IMG_6992

IMG_6993 IMG_6996 IMG_6997

IMG_6998 IMG_7004 IMG_7006

IMG_7008 IMG_7011 IMG_7012

IMG_7017 IMG_7021 IMG_7022

IMG_7024 IMG_7025 IMG_7028

IMG_7031 IMG_7033 IMG_7034

IMG_7035 IMG_7043 IMG_7046

IMG_7013 IMG_7014 IMG_7016

IMG_7023 IMG_7041

IMG_6985

IMG_7029

Tydzień temu, w środę punktualnie o 9:00 rano rzuciliśmy liny i obraliśmy kurs na West Palm Beach, Miami, Floryda. Na miejsce powinniśmy dotrzeć około 10 grudnia. O ile pogoda nas nie zmusi, to płyniemy bez zatrzymywania. Nasza prędkość to średnio 10-12 węzłów na godzinę.

Niedawno zostawiliśmy w oddali Wyspy Kanaryjskie. Przed nami rozpościera się tylko ocean. Mam nadzieję, że pogoda będzie sprzyjać i po dopłynięciu do Miami uzyskam stały kontrakt na tym jachcie!

Trzymajcie się i do usłyszenia za około dwa tygodnie!

Ahoj!

One thought on “Bo wszystko się może zdarzyć!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>