Styczeń na Florydzie – Część I

Floryda. Tam gdzie w sylwestra wyłączają prąd, świętuję ostatnią dwójkę z przodu, a pewna myszka ma swój zamek. Gdzie podróżuje się wagonikami rodem z kopalni i można pochodzić po Hogwarcie. Przy tym półmaraton wśród palm brzmi jakoś tak blado…

Samotne życie w kajucie skończyło się wraz ze starym rokiem. Dokwaterowano mi współlokatora. Chaun pochodzi z RPA. Ma taki sam kolor skóry jak ja, i tak samo nie po kolei w głowie. Błyskawicznie nastroiliśmy się na jednakowe fale, a nowy rok postanowiliśmy przywitać w Ft. Lauderdale – stolicy jachtów w tym regionie.

Na początek parę drinków przy hotelowym basenie, a później okazało się, że świat jest naprawdę mały… Zgodnie z planem spotkaliśmy kumpla Chaun’a. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to Clayd! Pracowaliśmy razem na Romei, więc znamy się bardzo dobrze. Zatem bez zbędnych ceregieli dorwaliśmy się do grilla, popiliśmy piwkiem i zanurzyliśmy swoje boskie ciała w basenie.

Późnym wieczorem, w dobrych humorach i sporą ekipą, ruszyliśmy do centrum Ft. Lauderdale w poszukiwaniu pier…uńsko dobrego baletu. Trzeba przyznać, że Amerykanie wiedzą jak się bawić. Na głównej klubowej ulicy można znaleźć kluby z dowolną muzyką. Każdy wybierze to, co lubi. Dokoła sceny z zespołami i DJ-ami. Ludzi tysiące. Stanowiska z alkoholami co 10 metrów. Słowem: noworoczna impreza na Florydzie! Do tego wszystkiego 24 stopnie na termometrze! Żyć nie umierać. Całą noc lawirowaliśmy to tu, to tam, z klubu na ulicę i z ulicy do klubu. Nawet się nie obejrzeliśmy, a była już piąta, kiedy ktoś wyłączył prąd… Wróciliśmy więc z powrotem na basen, gdzie w krótkich spodenkach pięknie przywitaliśmy pierwszy wschód słońca 2017 roku.

Na pierwszej focie poniżej od lewej: Chaun, Clyde i ja w trakcie rozgrzewki :D

syl1 syl3 syl2

Ostatnia dwójka z przodu

Jak mawiają: jaki nowy rok, taki cały rok! I trudno się z tym nie zgodzić. Zaledwie sześć dni później przyszedł czas na kolejne świętowanie. Tym razem mojej ostatniej dwójki z przodu. Zawsze zazdrościłem znajomym, którzy urodziny obchodzą latem. Po 29 latach życia i ja się doczekałem! Urodziny mam 7 stycznia, ale bifor w knajpce na marinie rozpoczął się już dzień wcześniej. A co, albo grubo, albo wcale! Opuściliśmy marinę sporą grupą i wylądowaliśmy w prawdziwej knajpie country. Wystrój jak na amerykański folklor przystało – zwierzaki, siano i byk. Za barami kowboje i urodziwe kowbojki. Pośrodku ogromnego pomieszczenia wielki parkiet, gdzie tradycyjnym tańcom nie było końca. Nawet załapałem parę kroków! W przerwach można było podejść do sceny, odchylić głowę do tyłu i chwilkę poczekać, aż jedna z kowbojek strumieniem wleje do ust przepyszną cynamonową whiskey „Fire ball”. Były również zawody w ujeżdżaniu mechanicznego byka. Niełatwa to sprawa, za to śmiechu co niemiara. W budynku znajdował się też prawdziwy saloon, gdzie kowbojki w nieco bardziej odważnych strojach prezentowały swoje wdzięki.

Przez drzwi saloonu tanecznym krokiem przeszliśmy do Roxy’s – jednego z naszych ulubionych klubów w West Palm Beach. Nikt za bardzo nie pamięta, co się dalej działo, ale każdy wrócił bezpiecznie do swojej kajuty.

Następnego dnia załoga powitała mnie truskawkowym tortem, moim ulubionym. Jak im się odwdzięczyłem? Zabrałem ich na kręgle, gdzie ograłem ich jak dzieci, hi, hi. Tak, tak wiem, z okazji urodzin miałem fory… Jak wiadomo, po wysiłku najważniejszy jest napitek i strawa. Najlepiej w amerykańskim stylu (czyt. piwo + burger). Jeszcze tylko kilka dinków i grzecznie na pokład. Zmęczenie dało o sobie znać. Urodziny były wspaniałe, choć nie ukrywam brakowało mi najbliższych i mojej tradycyjnej domówki. Ale to jeszcze nadrobimy!

uro01 uro02 uro03

uro04 uro08 uro09

uro10 uro14

uro07 uro05 uro06

uro11 uro12 uro13

….

CDN!

Ahoj!

Ku słonecznej Florydzie!

Miałeś okazję doświadczyć każdych warunków – usłyszałem od pierwszego oficera po przybiciu do portu na Florydzie – pozostałe crossingi będą dla ciebie pestką. Rejs z Gibraltaru do Stanów Zjednoczonych trwał dokładnie 14 dni. Przez większą część podróży towarzyszył nam spory wiatr i fale, co odbijało się na samopoczuciu załogi. Jednak kilka dni było naprawdę bardzo przyjemnych. Niejednokrotnie nasze uśmiechnięte twarze schładzała bryza, a opalało słońce, kiedy w trakcie przerw rozsiadaliśmy się na pokładzie z książkami w rękach. Od czasu do czasu za burtą można było dostrzec delfiny lub latające ryby. Te ostatnie lubiły nawet wskakiwać na pokład, z fatalnym dla nich skutkiem.

Nie do opisania są natomiast zachody słońca na Atlantyku, więc nawet nie będę próbował. Napiszę tylko tyle, że to one zwiastowały koniec mojej wachty, więc oglądałem je codziennie. Noce również na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Tak ciemne, że nie raz i nie dwa czułem się jak ślepiec. Doskonale teraz rozumiem, dlaczego brak dostępu do lornetek na Titanicu był jedną z głównych przyczyn jego zatonięcia.

Nawet pod Radomiem nie widziałem tylu gwiazd na niebie co na Atlantyku. Podczas moich nocnych obchodów niejednokrotnie kładłem się na parę minut na pokładzie i patrzyłem w te miliardy świecących kropeczek. Wspaniały widok, niezmącony żadnym światłem na przestrzeni tysięcy kilometrów. A to, co wtedy przechodziło mi przez głowę, niech pozostanie tajemnicą.

Jak wspomniałem pogoda była różna. W nocy, na horyzoncie czasami można było dostrzec burze i błyskawice. Niby nic, ale jak to pomnożyć przez trzy to robi wrażenie. Trzy różne burze strzelające na przemian piorunami i rozbłyskujące kolorami. Dyskoteka!

Rejs to nie tylko przyjemności, ale i obowiązki. Cała załoga musiała brać warty – dwa razy po 4 godziny. Raz w dzień i raz w nocy. Wpływało to nieco na nasze możliwości integracyjne, jednak (o ile nami nie rzucało) siadaliśmy w mesie i graliśmy w planszówki, układaliśmy puzzle czy oglądaliśmy filmy. Kapitan, w ramach wyjątku, raz pozwolił nam na jedno piwo przy zachodzie słońca. Przedstawiłem załodze moją wierną towarzyszkę gitarę, która pięknie przemówiła i której głos płynął razem z nami. Ale jeśli chodzi o te obowiązki… W dzień przez 4 godziny oblewałem wodą cały pokład, starając się zmyć jak najwięcej soli. Co jakiś czas mieliśmy szkolenia z bezpieczeństwa, np. przeciwpożarowego (na środku oceanu to my jesteśmy strażą pożarną). W nocy, poza obchodami, wypełnianiu księgi pokładowej i oznaczaniu pozycji na mapie, większych zadań nie było.

Podsumowując całą podróż, muszę przyznać, że świadomość, że dookoła jest tylko woda jest nieziemska. Przez 10 dni na horyzoncie nie pojawił się żaden statek. Nic. Tylko ja, załoga i woda, bardzo dużo wody! Kiedy przy wybrzeżu Bahamów ktoś krzyknął: „statek na widnokręgu”, to wraz zbiegli się inni, chcąc przekonać się, czy to prawda.
Po 14 dniach, tuż po zachodzie słońca, naszym oczom ukazały się wieżowce West Palm Beach! Choć już wcześniej widziałem ląd na radarze, to nie potrafiłem go dostrzec. Wszystko przez to, że Floryda jest płaska jak placek. Ląd wynurza się może na 3 metry nad poziom morza. Po uporaniu się z linami i zacumowaniu w marinie, kapitan podziękował wszystkim na specjalnym zebraniu załogi. Odpaliliśmy kilka Moetów i zostaliśmy zaproszeni na piwo do pobliskiej tawerny. Fajne uczucie stanąć na ziemi po tak długim czasie na morzu.

Tak na radarze wygląda pojawiający się ląd – (pionowa kreska po lewej w kole) ;)

lad

I kilka ujęć z rejsu:

a b c

d e f

Na początku musieliśmy zostać w marinie. Poza jej obszar bez dopełnienia formalności i zebraniu „tysiąca” pieczątek ani rusz – takie prawo migracyjne. Złamiesz je, wystawisz nos poza port, spotkasz policjanta – „żegnaj, wizo”, wracasz do Polski. No ale jest też druga strona medalu. Kontrola celna znana z lotnisk? Ha, ze statku trzeba by machać workiem kokainy, żeby ktoś sprawdził.

Pierwszy tydzień pobytu w USA był mega gorący. I nie chodzi tu tylko o pogodę. Musieliśmy przygotować statek do malowania i do przekazania w ręce ekipy remontowej. Było mnóstwo pracy, a dodatkowo kapitan wyjeżdżał na urlop, stąd sporo spraw było trzeba podomykać.

Na całe szczęście już się uspokoiło. Pracujemy 5 dni w tygodniu i w końcu mamy wolne weekendy. Stąd w pierwszy wolny dzień wybrałem się do Miami. Zaskoczyło mnie mocno to, że do Miami z West Palm Beach trzeba jechać prawie 1,5 godziny. Niby tak blisko, a tak daleko. Miasto robi mega wrażenie i jest dokładnie takie jak w filmach. Po krótkiej wizycie na plaży oraz słynnej Lincoln Road i Ocean Drive pojechałem do centrum spełnić jedno z moich dziecięcych marzeń. Kiedy Michel Jordan, Scottie Pippen i Dennis Rodman zdobywali kolejne mistrzostwa dla Chicago Bulls, ja marzyłem, by zobaczyć na żywo choć jeden mecz NBA. I wreszcie się udało! Niestety tamte gwiazdy dawno na emeryturze, ale mecz jest mecz. Trafiłem na Boston Celtics vs. Miami Heat. Na początku wgniotła mnie w fotel przedmeczowa oprawa! Obowiązkowo hymn i trochę pirotechniki. Jak wiadomo, są 4 kwarty po 12 minut. W przerwach różne atrakcje dla publiczności: a to występ cheerleaderek, a to wyścig niemowlaków. Działo się. Mimo super dopingu publiczności, gospodarze przegrali, pozostawiając wyraźny niesmak na twarzach niektórych kibiców, a na mojej uśmiech Jokera. Po ponad dwóch godzinach w hali przyszedł czas na powrót na statek i odpoczynek.

21 22 23

24 25 26

15782207_1402157263130263_1854275937_n 27 28

29 30 15820389_1402137536465569_2069002207_n

15782453_1402153803130609_2135398039_n 15820490_1402137539798902_22621618_n 15801523_1402137559798900_353175684_n

15782029_1402137563132233_1714436623_n 15749585_1402166543129335_1605873089_n 15820427_1402137516465571_544274069_n

15801352_1402137513132238_1344076993_n 15801026_1402137526465570_668097940_n 15781875_1402137533132236_1371963637_n

15782393_1402137529798903_1939867438_n

Eksploracja Florydy i West Palm Beach trwa cały czas. Stale zaskakuje mnie to, jak jest tu płasko (nie licząc kilku wieżowców w Miami). Żadnych pagórków, jedyne wzniesienia to mosty, bardzo niska zabudowa – maksymalnie do 2 pięter. Wszystko niby ze względu na lubiące się tu przechadzać huragany. West Palm Beach nie bez kozery ma w nazwie palmy – w zasadzie rosną tu tylko one i jest ich tyle, że nie sposób zliczyć. Około 2 km od jachtu znajduje się niewielka plaża z dogodnymi warunkami do nurkowania, a 500 metrów dalej plaża z prawdziwego zdarzenia. Skutery wodne, motorówki i inne sporty wodne do wyboru do koloru w odległości 5 min. W okolicy brakuje niestety rozrywek wieczornych, jednak i z tym sobie radzimy, często organizując wypady do miasta na Clematis Street, gdzie jest pełno barów i restauracji. Bardzo popularne happy hours zachęcają do wczesnego odwiedzenia tego miejsca i spędzenia tu wieczoru, które dzięki świątecznym ozdobom wygląda naprawdę świetnie.

1 15801516_1402163669796289_767069314_n 15782551_1402153776463945_1184701749_n

15782806_1402157256463597_1112866632_n 15801013_1402157253130264_800224687_n 15801259_1402157249796931_1790032622_n

Jako że Święta, Święta, i po Świętach, kilka słów o tym. O takiej atmosferze i oprawie jak w Polsce, tu mogłem tylko pomarzyć. Wigilii w USA się nie obchodzi. Jednak my ten dzień mieliśmy wolny, więc pojechaliśmy na wycieczkę do Fort Lauderdale i Miami Beach, gdzie na wigilijną kolację zjedliśmy burgera po amerykańsku. W Boże Narodzenie od rana wszyscy sobie składaną życzenia, następnie jest uroczysty obiad i prezent. Wieczorem wspólne wyjście do miasta na parę drinków. Drugi dzień Świąt to głównie aktywności. Ja ten dzień postanowiłem spędzić na plaży, nurkując w morzu. Na zakończenie Świąt, w męskim składzie wybraliśmy się do kina na najnowszą część Gwiezdnych Wojen. A od wtorku powrót do obowiązków.

2 15578607_1391890177490305_8421174967777753014_n 15726906_1397804936898829_5109666291442856659_n

15801638_1402137546465568_1078521168_n 15750206_1402172006462122_420507232_n

Co będzie dalej? Na pewno Sylwester! Gdzie będzie impreza, to się jeszcze okaże. Na jachcie zostaję do końca stycznia, a najprawdopodobniej i do końca lutego. Czy zostanę jeszcze dłużej? O tym sam muszę się przekonać. Trochę mi się za Wami tęskni! Więc może przyjdzie czas na mały urlop?
Ahoj

Bo wszystko się może zdarzyć!

Tak śpiewa Janusz Panasewicz w „Marchewkowym Polu”, a Anita Lipnicka dośpiewałaby pewnie wers o głowie pełnej marzeń… Od tygodnia nie mam gruntu pod nogami, a moim oczom nie ukazuje się ląd. Za parę godzin będę dokładnie na środku Oceanu Atlantyckiego.

Po zakończeniu pracy na Romei moje bezrobocie trwało zaskakująco krótko. Już w poniedziałek rano odebrałem telefon z jachtu Eminence z propozycją pracy na kilka dni. Nieco później koleżanka z hostelu zapytała, czy nie jestem zainteresowany przepłynięciem Atlantyku. Ja nie? W kilka minut moje referencje i CV były u oficera na mailu. Umówiliśmy się na rozmowę, a kolejnego dnia było już niemal pewne, że popłynę do West Palm Beach. Pozostało tylko potwierdzenie mailowe, które przyszło jeszcze tego samego dnia.

Na pokład 67-metrowego jachtu Sycara V dotarłem w ubiegły czwartek wieczorem. Statek czekał w stoczni w miejscowości La Ciotat. Po krótkim powitaniu, przedstawieniu załogi oraz planu działania trafiłem do kajuty. Okazało się, że będę mieszkał sam. Pokój nie jest zbyt duży, ale jak to mówią: ciasny ale własny. A w dodatku z łazienką. Na drugi dzień należało tylko sprawdzić, czy po pracach konserwacyjnych wszystko pracuje jak w szwajcarskim zegarku i już mogliśmy wyruszyć w kierunku Gibraltaru.

I tak zostałem deckhandem, czyli majtkiem lub – jak kto woli – pomocą pokładową. Cumowanie, liny, obijacze, mycie pokładu, polerowanie, a z czasem obsługa wszystkich zabawek wodnych. Pierwszego dnia rozpoczęły się szkolenia z BHP. Doświadczony, 63-letni kapitan Stewart na każdym kroku powtarza, że bezpieczeństwo przede wszystkim. Dzięki skrupulatności Stewarta każdy będzie wiedział, co ma robić, jeżeli pojawi się niebezpieczeństwo.

W trakcie rejsu obowiązują zmiany. Dwa razy dziennie przez cztery godziny towarzyszymy oficerom na mostku. Moje wachty trwają od 2:00 do 6:00 i od 14:00 do 18:00. Co godzinę wypełniam księgę pokładową z pozycją i kursem jachtu oraz robię obchód, sprawdzając, czy wszystko na zewnątrz i wewnątrz statku jest ok. W wolnym czasie uczę się nawigacji, wiązania lin i czytam dokumenty bezpieczeństwa.

Załoga to istna mieszkanka kulturowa. Na pokładzie jest w sumie 13 osób. Oprócz mnie są tu załoganci z: Ukrainy, Niemiec, Danii, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Szkocji, RPA, USA, Nowej Zelandii i Australii. Na każdym kroku słyszę ciekawe historie z różnych stron świata.

Podróż na Gibraltar trwała prawie 5 dni. Był to dla mnie pierwszy tak długi czas na morzu. Podczas rejsu przekonałem się, jak wygląda 6 stopni w skali Beauforta i czym objawia się choroba morska. Na szczęście i z tym i z tym rozprawiłem się do końca.

W Gibraltarze spędziliśmy niecałe dwa dni. Kapitan zafundował nam wycieczkę na skałę Herkulesa, gdzie wszedłem do jaskini podświetlonej kolorami tęczy. Według mitów greckich to właśnie ubóstwiony heros otworzył wejście do Morza Śródziemnego, oddzielając Afrykę od Europy. Oczywiście poznaliśmy tutejsze małpy, które po wyczynach Herkulesa zostały po tej stronie lądu, żeby podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Gibraltar wciąż należy do Brytyjczyków, więc płaci się tu funtami. To nie była dla mnie nowość, ale lotnisko, przez które biegnie ulica, to już tak. Kiedy samolot startuje lub ląduje, ulicę zamyka się szlabanami – taki przejazd samolotowy. Samo miasteczko jest całkiem urocze. Sporo tu kawiarni, gdzie można przysiąść i odpocząć. Kapitan zabrał nas wieczorem na kolację – ostatnią na Starym Kontynencie. Tutejsza restauracja serwuje smaczne jedzenie, a ja w międzyczasie mogłem zintegrować się z załogą.

(Zdjęcia dodam jak tylko zasięg internetu będzie lepszy. Środek oceanu i satelita nie wyrabia, wybaczcie ;) )

IMG_6959 IMG_6960 IMG_6961

IMG_6963 IMG_6969 IMG_6970

IMG_6971 IMG_6972 IMG_6974

IMG_6975 IMG_6984 IMG_6986

IMG_6987 IMG_6988 IMG_6992

IMG_6993 IMG_6996 IMG_6997

IMG_6998 IMG_7004 IMG_7006

IMG_7008 IMG_7011 IMG_7012

IMG_7017 IMG_7021 IMG_7022

IMG_7024 IMG_7025 IMG_7028

IMG_7031 IMG_7033 IMG_7034

IMG_7035 IMG_7043 IMG_7046

IMG_7013 IMG_7014 IMG_7016

IMG_7023 IMG_7041

IMG_6985

IMG_7029

Tydzień temu, w środę punktualnie o 9:00 rano rzuciliśmy liny i obraliśmy kurs na West Palm Beach, Miami, Floryda. Na miejsce powinniśmy dotrzeć około 10 grudnia. O ile pogoda nas nie zmusi, to płyniemy bez zatrzymywania. Nasza prędkość to średnio 10-12 węzłów na godzinę.

Niedawno zostawiliśmy w oddali Wyspy Kanaryjskie. Przed nami rozpościera się tylko ocean. Mam nadzieję, że pogoda będzie sprzyjać i po dopłynięciu do Miami uzyskam stały kontrakt na tym jachcie!

Trzymajcie się i do usłyszenia za około dwa tygodnie!

Ahoj!

Śladami Napoleona i Picassa

Znakomity dla mnie czas pracy na Romei dobieg końca. Zostałem w Antibes, a jacht popłynął w stronę Gwadelupy, aby tam zaprosić na pokład legendarnego George’a Lucasa, twórcę „Gwiezdnych Wojen”. Natomiast przede mną ponowne poszukiwania pracy i czas dock walkingu, ale tym razem z pewnym doświadczeniem, super referencjami i grubszym portfelem.

Czas w Antibes płynie powoli, ale gdy się pracuje, mija jak z bicza trzasł. Ostatnie dwa tygodnie to przygotowania Romei przed crossingiem, czyli przepłynięciem Oceanu Atlantyckiego. Sporo pracy, zdobywanie nowego doświadczenia, ale były też atrakcje. Pewnego dnia zjedliśmy lunch w samo południe i już nie musieliśmy wracać na statek, więc wybraliśmy się na tor gokartowy. Prawie półtorakilometrowa trasa położona była na wzniesieniu otoczonym górami, a widoki zapierały dech w piersiach. Ścigaliśmy się w 18 osób, także na torze było tłoczno, a rywalizacja była bardzo zacięta. Jak to bywa w zażartych wyścigach: ktoś wyleciał z toru, ktoś przywalił w barierkę, ktoś wpadł w trawę i tam utknął. Na szczęście wszyscy byli cali i poza drobnymi siniakami nic nikomu się nie stało. Po wyścigu kapitan zaprosił wszystkich na piwko, a po nim jeszcze na kolację do jednej z tutejszych knajpek. Wieczór w restauracji rozpoczęliśmy od toastu szampanem, po czym przeszliśmy do przystawek – owoców morza i oczywiście ślimaków (w końcu to Francja). Palce lizać. Podczas kolacji dałem załodze obiecany wcześniej mini recital, który został nagrodzony gromkimi brawami. Po posiłku ciąg dalszy wieczoru przebiegał w miejscowych barach, ale któż by spamiętał, co tam się działo…

W Antibes znakomicie pamiętają za to o wielkich postaciach związanych z tym miastem. To tutaj Napoleon I po opuszczeniu Elby zapoczątkował swoje 100 dni, które zakończył klęską pod Waterloo. Tutaj też przez sześć miesięcy mieszkał i tworzył nikt inny jak wielki mistrz Pablo Picasso. Dlaczego Hiszpan zabawił tu tylko pół roku? Otóż Picasso pomieszkiwał i malował w tutejszym zamku, w którym, niestety, jesienią było trochę za zimno na tworzenie sztuki, więc kubista przeniósł się do Paryża. Trochę go teraz rozumiem. W każdym razie Pablo zostawił tutaj po sobie sporo dzieł, a na jego cześć, w miejscu, gdzie mieszkał, otworzono muzeum, obok którego nie można przejść bokiem.

15058050_1351197331559590_1373755517_n 15086906_1351197121559611_88565560_n 15050438_1351197064892950_253269603_n

15046307_1351197181559605_762997953_n 15086860_1351197184892938_1784477604_n 15086324_1351197144892942_1366541535_n 15086285_1351197164892940_1043369142_n 15057963_1351197168226273_1675418444_n 15033563_1351197091559614_846711613_n 15032573_1351197101559613_713344168_n 15086811_1351197351559588_637259085_n

15058526_1351197074892949_46546870_n 15049664_1351197201559603_801576442_n 15033694_1351197204892936_98936656_n

Dzieła mniej znanych artystów można kupić na targu, który wystawia się tu w każdy weekend. Autorzy chętnie zaszczycą ciekawskich rozmową. A gdy ci drudzy od pogawędek zgłodnieją, to mogą spróbować wyśmienitych lokalnych przysmaków sprzedawanych w kramach. Szczególnie polecam orzechy, oliwki, salami i owoce morze. Przygotujcie jednak portfele, niech cienkie nie będą, bo ceny na całym Lazurowym są dosyć wysokie. Piwo w barze to minimum 7 euro, drink – 10. Obiad w restauracji, z deserem i lampką wina, to nie mniej jak 40-50 euro od osoby. Ale warto choć raz sięgnąć głębiej do kieszeni, usiąść przy stoliku wieczorem i poczuć klimat tego uroczego miasteczka.

15049826_1351197301559593_1701946209_n 15050262_1351197238226266_1985318443_n

15050271_1351197321559591_632953932_n 15086849_1351197268226263_679153698_n 15033769_1351197361559587_770365851_n
W ubiegły czwartek – w przeddzień ostatniego dnia pracy – wyszedłem z większością załogi na ostatnią kolację. Było bardzo wesoło i jak zawsze smacznie. Tego wieczoru postanowiłem spróbować tutejszego tatara. Był wielki i wyśmienity! Zdziwiło mnie to, że podali go z frytkami i sałatką. Zobaczcie sami:

15033801_1351197088226281_1090167389_n 15050463_1351197054892951_78232920_n

I jeszcze foto całej ferajny:
15032461_10212040481995913_556216264_n

Ubiegły piątek to mój ostatni dzień pracy na pokładzie Romei. Wierzę jednak, że jeszcze kiedyś moja noga tam postanie. Był to super czas, wielkie doświadczenie i rewelacyjni ludzie, jakich poznałem. Od mojego szefa, głównego inżyniera, otrzymałem solidne referencje, które z pewnością pomogą mi w znalezieniu kolejnej pracy. On sam wysłał nawet kilka maili z moim CV do swoich znajomych z innych jachtów (w tym jednego, który należał kiedyś do Bono). Być może okaże się, że na bezrobociu nie będę zbyt długo. Przez weekend odpoczywałem i aktualizowałem swoje profile na stronach agencji, a od poniedziałku zacząłem dock walking.

Trzymajcie kciuki.

Ahoj!

Vino rosso e focacci, per favore!

Lazurowe Wybrzeże na powrót skąpało się w słońcu. RoMEA opuściła stocznię w Genui i przypłynęła do Antibes, a ja dalej tkwię w maszynowni, czym wprawiam w zachwyt swojego szefa… A kiedy już z niej wychodzę, to oglądam rekiny, popijam wino i zajadam się pesto.

Do Genui, szóstego największego miasta we Włoszech, dotarliśmy 23 października. Ze względu na procedury nie mogłem być na pokładzie podczas rejsu. Tego dnia trafiła mi się za to nieco inna praca, a mianowicie robiłem za kierowcę. Na początek przewiozłem do Geniu samochód załogi, po czym wróciłem do Imperii pociągiem i przewiozłem jeszcze samochód samego kapitana. Kiedy o 20.00 wydawało mi się, że jest po wszystkim, zadzwonił do mnie szef jachtu i zapytał, czy mógłbym przetransportować przesyłkę z jego domu w Antibes do Genui. Ja nie mogę? Z kluczami do domu kapitana w ręku znów bawiłem się w kuriera. Sprawa okazała się pilna, więc postanowiłem nie czekać do wczesnego ranka, tylko wyruszyć od razu, a po drodze gdzieś się przespać. Podróż w jedną stronę trwa około 3,5 godziny. Z dwugodzinną kimką byłem pod RoMEĄ około 7 rano. Podziw kapitana bezcenny i punkty na moim koncie.

W Geniu znajduje się jedna z większych stoczni w rejonie, a RoMEA potrzebowała drobnej konserwacji. Jacht wpłynął do doku, woda została wypompowana, a robotnicy przystąpili do czyszczenia i malowania dna. Mi też trafiło się kilka ciekawych prac pod statkiem i muszę Wam powiedzieć, że zaiste imponujący jest widok, kiedy stoi się pod kilkoma tonami stali i spogląda do góry. Uczucie trudne do opisania. Niestety ze względów politycznych nie mogę pokazać Wam zdjęć. Prace trwały przez ponad tydzień, a miasto narodzin Krzysztofa Kolumba zapewniało trochę więcej atrakcji niż Imperia, czy jeszcze wcześniej Monaco.

Pierwszym miejscem, którego nie dało się pominąć, było drugie największe w Europie akwarium. Niezwykle bogata fauna i flora, i to nie tylko wodna. Rekiny, delfiny, setki kolorowych ryb, ośmiornice, żółwie, a nawet „Forfitery, ku…wa!” Jednym z bardziej interesujących zbiorników był basen z płaszczkami, do którego można było wsadzić rękę i taką rybkę sobie dotknąć. O ile wcześniej jej nie upierdzieliła, hi, hi. Niezapomniany jest również ogromny basen z delfinami i fokami, które reagują na ludzi, a czasem nawet wykonują sztuczki. Warto odwiedzić to miejsce, jak będziecie w okolicy.

14972007_1344852595527397_882436222_n 14996490_1344852545527402_1481826391_n 15032381_1344852012194122_451318658_n 15032389_1344852542194069_1836652957_n 15033548_1344852192194104_78967435_n 15033685_1344852062194117_1832089007_n 15033712_1344852025527454_1298675142_n 15045540_1344852172194106_1238291349_n 15046163_1344852188860771_297960576_n 14962298_1344852035527453_1041454485_n

Kolejnym superciekawym punktem wycieczki była wizyta na wystawie mistrza pop-artu, Andy’ego Warhola. Dane mi było zobaczyć wszystkie słynne prace artysty, w tym serigrafie Marilyn Monroe, Mao Zedong’a czy Włodzimierza Lenina. Oczywiście na wystawie nie zabrakło także obrazu z puszką zupy firmy Campbell. Nie można było robić zdjęć, ale kilka cyknąłem z ukrycia specjalnie dla Was ;)

15033696_1344851915527465_2107585689_n 14996352_1344851988860791_1588042920_n
14971354_1344851955527461_1338962605_n 14962265_1344851982194125_1190848483_n

Na uwagę zasługuje jeszcze jedna atrakcja. W Porto Antico w Genui stoi najdroższy rekwizyt z filmu „Piraci” wyreżyserowanego przez naszego rodaka, Romana Polańskiego. Robi wrażenie!

14962854_1344852488860741_1422541358_n 14996456_1344852532194070_2009464492_n

Ciekawą sprawą, która nurtuje mnie od samego początku i wciąż pozostaje bez odpowiedzi, jest życie nocne. Włosi, tak jak i Francuzi, bawią się tylko w piątki, kiedy to ciasne (nawet jak puste) ulice są zatłoczone tak, że o swobodnym przejściu można tylko pomarzyć. W dzień zasłonięte roletami okna knajpek nocą rozświetlają się jak gwiazdy na niebie. Jest gwarno i tłoczno, leje się wino, a w powietrzu co jakiś czas unosi się piękny zapach zielonej roślinki. Wiedzą, jak się bawić! Może to dlatego imprezują tylko w jeden wieczór, bo przez dwa kolejne dochodzą do siebie…

14997214_1344852312194092_1026760096_n 14972049_1344852275527429_241821303_n 15045637_1344852285527428_1622928752_n 14958857_1344852348860755_385736697_n 15032617_1344852432194080_1407656608_n 14963092_1344852305527426_912318193_n 14962333_1344852392194084_1626520254_n 15045637_1344852388860751_1589024743_n 15046461_1344852422194081_424445306_n

Włoskie restauracje kolejny raz potwierdziły swoją doskonałość. Nigdzie na świecie nie spotkałem się z takim klimatem jak tu w słonecznej Italii. Genua słynie z pesto oraz focacci. Co restauracja, to smaczniejsza odmiana tego samego dania. Niesamowite były też pierożki ravioli nadziane pastą pesto i polane sosem grzybowym – mówię, że przepyszne! Natomiast jeśli ktoś lubi owoce morza, to będzie się tu czuł jak w raju! Świeże krewetki i rybka z pieca – omnomnomnom. Na pochwałę zasługują również desery. Tiramisu jest wręcz powalające, niemal tak samo przepyszne jak te, które serwuje moja siostra.

14937064_1344851922194131_2037308948_n 14971343_1344852492194074_1520620594_n

Pobyt w Genui zaliczam do bardzo udanych, ale wszystko co dobre szybko się kończy. W Halloween byliśmy już w Antibes. Wieczór duchów spędziłem z załogą w ulubionej przez wszystkich knajpce „The Hop Store”. O dziwo frekwencja dopisało mimo poniedziałku! Muszę Wam przyznać, że dobrze się czuję w tym miasteczku i cieszę się, że tu trafiłem.

Jeśli chodzi o pracę na Romei, to do końca zostało już niewiele czasu. Z rozmów z szefostwem wynika, że raczej nie zagrzeję tu miejsca na stałe, ale niewykluczone, że w przyszłości coś się znajdzie. Ale jak to w branży jachtowej: nigdy nie wiesz! Wiem za to, że będzie dobrze!

Ahoj!

Beautiful day. Don’t let it get away!

Jesień dotarła i do Francji. Nadszedł czas Forrest Gumpa. To nie tylko piąty film w rankingu Filmweba, ale jak się okazało, także dobry omen. Od dziesięciu dni dzień w dzień pracuję na RoMei. Ale po kolei, moi drodzy!

Pamiętacie owego Włocha, który w Antibes wrzucił mi wizytówkę do kapelusza? Zaoferował mi on nietypowy day work, a mianowicie przewiezienie rzeczy z punktu A do punktu B. Wprawdzie nie była to praca na łódce, ale 125 euro piechotą nie chodzi, więc się zgodziłem. Nawet udało mi się zaciągnąć do pomocy mojego kumpla z hostelu, Jonnego (też dostał 125). Najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że miałem prowadzić 15-metrowego transportera. W Polsce byłby to pryszcz, ale we Francji… No cóż, jak ktoś był, to wie, że francuskie uliczki potrafią być wąskie jak tyłek ślimaka. Jednak gdy Giovanni zapytał, czy prowadziłem kiedyś taki samochód, bez mrugnięcia okiem powiedziałem, że tak! Generalnie jedyną trudność sprawiało mi parkowanie. Stres przy tym potrójny, a nawet poczwórny. Po pierwsze, czasami to i smarta bym nie upchnął, a co dopiero ciężarówkę. Po drugie, jak tylko staniesz, zaraz trąbią i robi się korek. Po trzecie, jak znajdziesz wystarczająco dużą lukę, to przed nią stoi Ferrari, a za nim Maserati. Na szczęście misja zakończyła się sukcesem.

Kolejnego dnia Giovanni miał mnie zabrać na spotkanie z załogą, która poszukuje na stałe Dackhanda. Mocno liczyłem, że w końcu to będzie to, na co czekam. Przeliczyłem się! Spotkanie się nie odbyło. Przyczyny do tej pory nie poznałem. A moje rozczarowanie no cóż… Co cię nie zabije, to cię wzmocni! Z samego rana nabuzowany pozytywna energią wyruszyłem do Włoch na dock walking. Oprócz jednego krótkiego zlecenia znów nici. Co więcej, nawet na chwilę nie podwinąłem rękawów, bo lało i wiało jak w kieleckim, a w taką pogodę nikt z tutejszych nie garnie się do roboty. Niemniej zainkasowałem kasę za fatygę (30 euro); obróciłem się na pięcie, wróciłem do hostelu i włączyłem telewizor.

Pod koniec „Forresta Gumpa” zabrzęczał telefon. Dostałem SMS’a od Tomka: „Jesteś? Gościu, masz day work na Romea. Sprawdzaj maile!!!” Zrobiłem to 3 mikrosekundy później i myślałem, że śnię. Dostałem propozycję, ale nie tylko na jeden dzień, ale na kilka! Bardzo dużo day worków, hi-hi! Także, Tomek, dzięki!

Na komputerze czekała wiadomość o następującej treści: „Praca na najbliższe kilka tygodni. Głównie czyszczenie i jakieś drobne wsparcie w maszynowni. Kłopotem może być jedynie zakwaterowanie, ponieważ nie mamy miejsca na jachcie i będziemy w trzech różnych lokalizacjach. Do około 23 października w Imperii, później do 1 listopada w Genui i do 12 listopada w Antibes. Wynagrodzenie 100 euro za dzień plus ewentualne nadgodziny 12,5/h. Praca również w weekendy. Daj znać, czy jesteś zainteresowany.” Byłem przeszczęśliwy! W końcu oferta na dłuższy czas i możliwość zdobycia prawdziwego doświadczenia! A tego mi właśnie teraz potrzeba. Wnet spakowałem walizki i ruszyłem do Imperii.

I cóż, od przedostatniego czwartku dzień w dzień pracuję w maszynowni na pięknym jachcie RoMEA (81 metrów). Wierzcie lub nie, ale maszynownia wygląda tak, że można jeść z podłogi. Wszystko biało-chromowe. Moje głownie zadania to utrzymywanie tej bieli i błysku. Pomagam w przeróżnych pracach na całym jachcie, bo jak się okazuje, dział inżynieryjny robi wszystko: wymienia urządzenia, odpowiada za elektrykę, klimatyzację, wodociągi itd. Dużo się uczę i poznaję najskrytsze zakamarki łodzi. A w dodatku praca dobra na jesień, która ostatnio szaleje na zewnątrz nie tylko w Polsce. Obowiązki do najlżejszych nie należą, ale to nie stanowi problemu. Czasami mamy kłopot tylko z komunikacją, bo niestety w szkołach na angielskim nikt nie uczył się, jak jest klucz francuski, czy poszczególne elementy silnika itp. W każdym razie, pracuję ciężko i mam nadzieję, że dzięki temu będą chcieli mnie zatrzymać na dłużej, a przynajmniej na koniec napiszą super referencje. Z tego, co słyszę, są mega zadowoleni, więc i ja jeszcze bardziej zapierda… staram się, no.

Na zdjęciu poniżej przykładowa maszynownia jachtu dla wizualizacji:
engine

Na dniach przenosimy się go Genui, a później do Antibes. Koniec prac w maszynowni przewidywany jest na 12 listopada. Trzymajcie kciuki, żeby jednak udało mi się zostać znacznie dłużej!

Ahoj!

Księżycowy piasek

Kiedy we wtorek przyjechałem do Monaco było jeszcze ciemno, pomimo że zegarek wskazywał 7 rano. Do pierwszej pracy nie wypada się przecież spóźnić, a trzeba było jeszcze znaleźć jacht o nazwie „Moon Sand”. Księżycowy Piasek ma 44 metry długości i wywodzi się ze stoczni Feadship, gdzie został zbudowany na specjalne zmówienie w 2015 roku. Trafiłem na miejsce szybciej niż myślałem, więc dodatkową godzinę spędziłem podziwiając wschód słońca z punktu widokowego. Był to najpiękniejszy wschód, jaki w życiu widziałem. Zobaczcie zdjęcie (zero filtrów).

IMG_6503

A Moon Sand wygląda tak:

moon 1 moon 2

Kilka minut przed 8.00 na pokład zaprosiła mnie Lily. Sympatyczna dziewczyna przedstawiła plan działania na dwa najbliższe dni i pozostałych członków załogi: Dana, który tak jak Lily pracuje na jachcie na stałe, oraz dwóch Filipińczyków, którzy podobnie jak ja są „day workerami”. Spośród całej grupy tylko ja nie miałem żadnego doświadczenia, ale wiedziałem, że za 8 godzin to nadrobię.

Zadanie na pierwszy dzień: umyć wszystkie trzy pokłady Księżycowego Piasku. Pracę zaczyna się od przygotowania narzędzi, które będą nam potrzebne (wiadra, szczotki, środki chemiczne, itd.). Mycie zaczyna się od samej góry. Zanim przystąpi się do właściwych czynności, należy zabezpieczyć specjalną niebieską taśmą wszystkie elementy przy ziemi, które mogłyby ulec uszkodzeniu. Pamiętajmy, że jacht jest wart parę ładnych milionów euro. Najpierw trzeba spłukać najwyższy pokład słodką wodą. Następnie szorowanie podłogi przy pomocy biodegradalnego mydła. Trzeba uważać, aby chemia nie odbarwiła drewna. Ważny jest nawet kierunek szorowania: przeciwny do kierunku słojów drewna. Nie chcemy przecież, aby deski stały się nierówne na skutek szorowania na odwal się. Gdy podłoga już lśni, można zająć się innymi rzeczami.

Na rękę zakłada się specjalną rękawicę wykonaną z delikatnej gąbki i myje się nią dosłownie wszystko, łącznie z sufitami. Potem trzeba spłukać pokład wodą i wytrzeć go fibrowymi ręcznikami. I tak na każdym pokładzie. Brzmi jak nuda? No tak, ale pracy towarzyszy słońce i muzyka, w Monaco ciepła jesień, na termometrze 23 stopnie, a za burtą morze. To wszystko przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Kiedy po raz któryś zostałem oblany wodą, przypomniało mi się, jak z siostrą i kuzynką myliśmy samochody w ogródku u dziadka. Nie jest źle, a ponadto przez 8 godzin pracy przysługują mi dwie 30-minutowe przerwy i jedna godzinna na lunch. Da się żyć. Nawet się nie obejrzałem, kiedy zrobiła się 16.00 i można było iść do domu. Jeszcze tylko obowiązkowa rundka z CV-kami.

Następnego dnia mieliśmy się spotkać w porcie „Cap-d’Ail”. Podobnie jak dzień wcześniej byłem w umówionym miejscu z samego rana. Następne osiem godzin upłynęło na woskowaniu i polerowaniu statku. Była też niespodzianka. Musieliśmy wrócić do portu w Monaco, więc dane mi było przepłynąć się jachtem po Morzu Śródziemnym. Rejs był krótki, ale zawsze. Wracają do polerowania – w tym wszystkim chodzi o to, żeby statek świecił się jak choinka w Boże Narodzenie. Biały wosk do białego lakieru. No właśnie. Biały, więc w słońcu prawie niewidoczny. Trzeba oglądać powierzchnię pod różnymi kątami. Gdy wosk jest już nałożony, to zaczyna się polerowanie fibrową ścierką. I tak na całej łodzi. Proste? Proste! Podobnie rzecz się ma ze stalą nierdzewną. Po nałożeniu specjalnej pasty błyszczy jak nowa. I tak przez 8, a właściwie to 6 godzin. Punktualnie o 16.00 wybił dzwonek oznaczający koniec pracy.

Pozbieraliśmy materiały i stawiliśmy się u kapitana po odbiór zapłaty. 240 euro w dwa dni. Starczy na kolejny tydzień! Niestety, kapitan potrzebował nas tylko do pomocy na dwa dni, stąd drugi dzień był jak na razie ostatnim na „Moon Sand”. Pożegnaliśmy się w miłej atmosferze, a ja przed wyjazdem z Monaco tradycyjnie zrobiłem rundkę po porcie. Po przyjeździe do hostelu wysłałem jeszcze smsa do kapitan z podziękowaniem (jak się dowiedziałem, jest to tutaj dobrym obyczajem). Tymczasem do hostelu przyjechało sporo gości, więc wieczorem zrobiła się mała imprezka. Little party never killed nobody.

Co przyniosą kolejne dni? To się okaże. Na pewno wracam do „Dock Walkingu” i znów odwiedzę tutejsze agencje pracy. Mam też zamiar wybrać się do słonecznej Italii odwiedzić port w San Remo.

Ahoj!

Kawa u Bono i zaskakujący sms

W sobotę „dock walking” przywiódł mnie do Monaco. Droga do tego uroczego państwa zabrała mi około godziny. Na miejscu przywitała mnie piękna pogoda i pełen jachtów „Port Monte Carlo”. Trwają tu teraz przygotowania do jednej z większych imprez – „Yacht Show Monaco”, która odbędzie się 28 września. Tak, tak, zakotwiczą tu największe statki. Już zwietrzyłem okazję na pracę. Niestety, jak na razie połowa portu jest zamknięta, ale w drugiej zostawiłem kilka CV. Odwiedziłem też „Fontvieille”, jeden z najpiękniejszych portów jakie kiedykolwiek widziałem. Szkoda, że tu sezon się już zakończył.

IMG_6460 IMG_6461 IMG_6464 IMG_6466 IMG_6477

Już miałem się zbierać na pociąg, kiedy przez okno autobusu zobaczyłem jeszcze jeden port, który wcześniej umknął mi na mapie. „Cap d’Ail” znajduje się bowiem poza granicami Monaco. Tu z kolei przydał się kurs polerowania stali nierdzewnej – znalazłem kilka ciekawych ofert. Pożyjemy, zobaczymy.

Wydawać by się mogło, że dzień jak co dzień, ale miałem przecież w grafiku jeszcze kawę u Bono! Wsiadłem zatem w pociąg i po niecałych 10 minutach wysiadłem pod Niceą, w miejscowości Eze, gdzie znajduje się letnia rezydencja wokalisty mojego ukochanego zespołu. Dom położony jest tuż przy plaży i nie ma większych trudności, żeby się tu dostać. Okazało się jednak, że to nie był do końca mój Beautiful Day, bo Bono w ostatniej chwili musiał odwołać nasze spotkanie. Wyjechał do Montrealu, gdzie zbiera fundusze na walkę z AIDS. Wysłałem mu kilka fotek, żeby wiedział, że z jego chatą wszystko ok, hi-hi.

IMG_6479 IMG_6480 IMG_6481

Zmęczyły mnie kilkugodzinne spacery, czułem się jak koń po westernie, więc wróciłem do Antibes i zacząłem przygotowania przed kolejnym koncertem ulicznym. Tym razem było lepiej! Chyba się rozkręcam, po już po godzinie mój kapelusz wypełniony był euro. Dlaczego jednak nikt nie zabiera CV? Przecież na kartce jest napisane jak wół: nie chcę kasy, chcę pracę. Może Francuzi i tu potrzebują komunikatu w le francais. Od starszego pana dostałem nawet paczkę orzeszków. Przydały się po koncercie do zimnego piwa na plaży.

Szwendałem się po miasteczku, które koło 22.00 powoli szykowało się do snu. W wąskiej uliczce z knajpami niespodziewanie zaczepiło mnie dwóch facetów, którzy siedzieli przy stoliku, popijając wino. Kojarzyłem ich, bo wcześniej rzucili parę groszy do mojego kapelusza. Jeden z nich pożyczył ode mnie gitarę i wnet w uliczce rozbrzmiało country. Zaułek wypełnił się słuchaczami, a my graliśmy na zmianę. Ludzie byli wsłuchani, z radością wypisaną na twarzach zaczęli prosić o kolejne utwory. To zawsze bardzo przyjemny moment dla grajka ulicznego. W międzyczasie przyłączyła się do nas jedna z słuchaczek z bardzo ładnym głosem. Ten przyjemny wieczór trwał aż do zamknięcia restauracji. Powtórka już w następny piątek! Znów połączę siły z Mikem i Richardem, którzy przyjechali na wybrzeże kręcić film. Pierwszy z Florydy, a drugi ze Szkocji. Panowie chcieli mi nawet zapłacić za wypożyczenie instrumentu, ale to przecież się nie godzi. Radość moich towarzyszy, radość słuchaczy, czy widok małżonków tańczących ze łzami w oczach do „One” – oto najlepsza zapłata, jaką mogłem otrzymać. Wykończony po całym dniu wróciłem do hostelu i zapadłem w głęboki sen.

W niedzielę wszyscy tutejsi trzymają się trzeciego przykazania. Ja także postanowiłem dzień święty święcić, a poszukiwania pracy wznowiłem w poniedziałek. W portowym biurze nie mieli jednak dla mnie żadnej oferty. Smutek. Już miałem wracać do domu, kiedy usłyszałem znajomy dźwięk dochodzący z mojej kieszeni. Myślałem, że to kolejny sms z jakiegoś banku, a tu proszę: niespodzianka! Pierwsza oferta pracy na jachcie! Smutek w mgnieniu oka zastąpiła nieoczekiwana i ogromna radość. Co prawda, chodzi tylko o dwa dni, ale w końcu zdobędę jakieś doświadczenie na pokładzie. A nóż zechcę zatrzymać Franka na dłużej? Zaczynam we wtorek o 8 rano i już nie mogę się doczekać!

Ahoj!

Z gitarą po Francuskiej Riwierze

Mija właśnie mój trzeci dzień pobytu na Lazurowym Wybrzeżu. Czy wszystko idzie zgodnie z planem? Myślę, że tak! Jak jest status? A no taki:

1. Po przyjeździe do Antibes zakwaterowałem się w całkiem miłym hostelu dla załóg. Mieszkam w pokoju z trzema ziomkami, co tak, jak i ja poszukują pracy na jachtach. Hostel jest 3 minuty od portu z buta.

2. W ciągu dwóch dni spotkałem się ze wszystkimi agencjami pracy jakie miałem na liście. Musiałem też poświęcić trochę czasu na zmiany w CV oraz dostosować mój profil online do wymogów agencyjnych. Na chwilę obecną wszystko jest już ok. Dostałem też sporo cennych uwag, które myślę, że pomogą mi w znalezieniu pracy na jachtach.

3. Od pierwszego dnia rozpocząłem tzw. „dock walking” czyli chodzenie z gitarrą i pakietem CV po portach. Wygląda to tak, że idę sobie obok łódek i jak ktoś na niej jest w zasięgu głosu (bez darcia japy rzecz jasna) to zagaduję co tam słychać, jak sezon, jakiś żarcik, parę słów o sobie itd. Cała rozmowa ma zmierzać do tego, żeby chcieli wziąć moje CV. Dochodzę już powoli do takiej wprawy, że to oni pytają mnie czy mam CV a nie ja ich, czy mogę im je zostawić. Zawsze coś  Przez trzy dni trochę CV się rozeszło, choć za wcześnie mówić czy się z tego coś wykluje.

4. Odnośnie samych portów to muszę Wam powiedzieć, że statki jakie w nich cumują czasem zapierają dech w piersiach. Na przykład w porcie w Antibes (tu gdzie mieszkam) stoi sobie taki jacht o nazwie „Dilbar”. Słuchajcie, wiedziałem, że niektóre jachty są ogromne, ale jak zobaczyłem go z bliska to szczerze szczęka mi opadła, przepraszam za określenie ja pier…. czegoś takiego to się nie spodziewałem. 156 metrów długości a wysokość spokojnie jak piętnasto piętrowy blok. Ogrom! (Moje szczere zdziwienie na selfiaku i kilka zdjęć Dilbara). Pierwsze CV w ramach chodzenia po porcie złożyłem oczywiście na tym statku, jeszcze milczą…

IMG_6423 IMG_6437 IMG_6431 IMG_6428 IMG_6425 IMG_6451

5. Kolejna sprawa to granie i śpiewanie na ulicy. Myślałem, że nie przysporzy mi to większych trudności, a tu jednak! Pierwszego dnia trema mnie zjadła i nie dałem koncertu na bulwarze. Cały drugi dzień mnie to męczyło, aż w końcu się przemogłem! Zagrałem przed jedną ze znanych antibskich knajpek „The Hop Store”. Grałem około godzinę. Nie mogę jednak występu zaliczyć do udanych bo moja gitara akustyczna była zbyt cicha a w miejscu, w którym grałem i śpiewałem straszny gwar, ale uwaga zarobiłem niecałe 3 euro! Trzeciego dnia przygotowałem się trochę bardziej, znalazłem bardziej przyjazne miejsce, w bramie, gdzie akustyka była zdecydowanie lepsza a ruch nawet większy. Grałem ponad godzinę i gdyby niezerwana struna to grałbym dłużej. Dzisiejszy rezultat? Zarobionych ponad 10 euro! Stety / niestety – mimo kartki, którą już Wam pokazywałem ludzie dają kasę a nikt nie chce brać CV, choć widać w ludziach aprobatę i życzą szczęścia…. Ten temat muszę jeszcze dopracować…

Podsumowując: agencje pracy i wszystkie porty od Antibes do Cannes zaliczone. Pracy jeszcze nikt nie zaoferował, ale ciągle chodzę i jej szukam. Oczywiście nie poddaję się! Jutro wybieram się do Monaco, może to właśnie tam czeka na mnie moje szczęście (jak nie w porcie to na bank w kasynie!) Wracając z Monaco do Antibes zajadę do mojego dobrego znajomego do Eze. Może nawet pogramy i pośpiewamy. Znacie go chyba wszyscy, śpiewa w takim irlandzkim zespole, co zwie się U2.

Trzymajcie kciuki! i dzięki za ogrom wsparcia!

jeszcze kilka fotek z Antibes i Cannes:
IMG_6416 IMG_6418 IMG_6427 IMG_6436 IMG_6441 IMG_6445 IMG_6446 IMG_6448 IMG_6450 IMG_6459