Kawa u Bono i zaskakujący sms

W sobotę „dock walking” przywiódł mnie do Monaco. Droga do tego uroczego państwa zabrała mi około godziny. Na miejscu przywitała mnie piękna pogoda i pełen jachtów „Port Monte Carlo”. Trwają tu teraz przygotowania do jednej z większych imprez – „Yacht Show Monaco”, która odbędzie się 28 września. Tak, tak, zakotwiczą tu największe statki. Już zwietrzyłem okazję na pracę. Niestety, jak na razie połowa portu jest zamknięta, ale w drugiej zostawiłem kilka CV. Odwiedziłem też „Fontvieille”, jeden z najpiękniejszych portów jakie kiedykolwiek widziałem. Szkoda, że tu sezon się już zakończył.

IMG_6460 IMG_6461 IMG_6464 IMG_6466 IMG_6477

Już miałem się zbierać na pociąg, kiedy przez okno autobusu zobaczyłem jeszcze jeden port, który wcześniej umknął mi na mapie. „Cap d’Ail” znajduje się bowiem poza granicami Monaco. Tu z kolei przydał się kurs polerowania stali nierdzewnej – znalazłem kilka ciekawych ofert. Pożyjemy, zobaczymy.

Wydawać by się mogło, że dzień jak co dzień, ale miałem przecież w grafiku jeszcze kawę u Bono! Wsiadłem zatem w pociąg i po niecałych 10 minutach wysiadłem pod Niceą, w miejscowości Eze, gdzie znajduje się letnia rezydencja wokalisty mojego ukochanego zespołu. Dom położony jest tuż przy plaży i nie ma większych trudności, żeby się tu dostać. Okazało się jednak, że to nie był do końca mój Beautiful Day, bo Bono w ostatniej chwili musiał odwołać nasze spotkanie. Wyjechał do Montrealu, gdzie zbiera fundusze na walkę z AIDS. Wysłałem mu kilka fotek, żeby wiedział, że z jego chatą wszystko ok, hi-hi.

IMG_6479 IMG_6480 IMG_6481

Zmęczyły mnie kilkugodzinne spacery, czułem się jak koń po westernie, więc wróciłem do Antibes i zacząłem przygotowania przed kolejnym koncertem ulicznym. Tym razem było lepiej! Chyba się rozkręcam, po już po godzinie mój kapelusz wypełniony był euro. Dlaczego jednak nikt nie zabiera CV? Przecież na kartce jest napisane jak wół: nie chcę kasy, chcę pracę. Może Francuzi i tu potrzebują komunikatu w le francais. Od starszego pana dostałem nawet paczkę orzeszków. Przydały się po koncercie do zimnego piwa na plaży.

Szwendałem się po miasteczku, które koło 22.00 powoli szykowało się do snu. W wąskiej uliczce z knajpami niespodziewanie zaczepiło mnie dwóch facetów, którzy siedzieli przy stoliku, popijając wino. Kojarzyłem ich, bo wcześniej rzucili parę groszy do mojego kapelusza. Jeden z nich pożyczył ode mnie gitarę i wnet w uliczce rozbrzmiało country. Zaułek wypełnił się słuchaczami, a my graliśmy na zmianę. Ludzie byli wsłuchani, z radością wypisaną na twarzach zaczęli prosić o kolejne utwory. To zawsze bardzo przyjemny moment dla grajka ulicznego. W międzyczasie przyłączyła się do nas jedna z słuchaczek z bardzo ładnym głosem. Ten przyjemny wieczór trwał aż do zamknięcia restauracji. Powtórka już w następny piątek! Znów połączę siły z Mikem i Richardem, którzy przyjechali na wybrzeże kręcić film. Pierwszy z Florydy, a drugi ze Szkocji. Panowie chcieli mi nawet zapłacić za wypożyczenie instrumentu, ale to przecież się nie godzi. Radość moich towarzyszy, radość słuchaczy, czy widok małżonków tańczących ze łzami w oczach do „One” – oto najlepsza zapłata, jaką mogłem otrzymać. Wykończony po całym dniu wróciłem do hostelu i zapadłem w głęboki sen.

W niedzielę wszyscy tutejsi trzymają się trzeciego przykazania. Ja także postanowiłem dzień święty święcić, a poszukiwania pracy wznowiłem w poniedziałek. W portowym biurze nie mieli jednak dla mnie żadnej oferty. Smutek. Już miałem wracać do domu, kiedy usłyszałem znajomy dźwięk dochodzący z mojej kieszeni. Myślałem, że to kolejny sms z jakiegoś banku, a tu proszę: niespodzianka! Pierwsza oferta pracy na jachcie! Smutek w mgnieniu oka zastąpiła nieoczekiwana i ogromna radość. Co prawda, chodzi tylko o dwa dni, ale w końcu zdobędę jakieś doświadczenie na pokładzie. A nóż zechcę zatrzymać Franka na dłużej? Zaczynam we wtorek o 8 rano i już nie mogę się doczekać!

Ahoj!

Z gitarą po Francuskiej Riwierze

Mija właśnie mój trzeci dzień pobytu na Lazurowym Wybrzeżu. Czy wszystko idzie zgodnie z planem? Myślę, że tak! Jak jest status? A no taki:

1. Po przyjeździe do Antibes zakwaterowałem się w całkiem miłym hostelu dla załóg. Mieszkam w pokoju z trzema ziomkami, co tak, jak i ja poszukują pracy na jachtach. Hostel jest 3 minuty od portu z buta.

2. W ciągu dwóch dni spotkałem się ze wszystkimi agencjami pracy jakie miałem na liście. Musiałem też poświęcić trochę czasu na zmiany w CV oraz dostosować mój profil online do wymogów agencyjnych. Na chwilę obecną wszystko jest już ok. Dostałem też sporo cennych uwag, które myślę, że pomogą mi w znalezieniu pracy na jachtach.

3. Od pierwszego dnia rozpocząłem tzw. „dock walking” czyli chodzenie z gitarrą i pakietem CV po portach. Wygląda to tak, że idę sobie obok łódek i jak ktoś na niej jest w zasięgu głosu (bez darcia japy rzecz jasna) to zagaduję co tam słychać, jak sezon, jakiś żarcik, parę słów o sobie itd. Cała rozmowa ma zmierzać do tego, żeby chcieli wziąć moje CV. Dochodzę już powoli do takiej wprawy, że to oni pytają mnie czy mam CV a nie ja ich, czy mogę im je zostawić. Zawsze coś  Przez trzy dni trochę CV się rozeszło, choć za wcześnie mówić czy się z tego coś wykluje.

4. Odnośnie samych portów to muszę Wam powiedzieć, że statki jakie w nich cumują czasem zapierają dech w piersiach. Na przykład w porcie w Antibes (tu gdzie mieszkam) stoi sobie taki jacht o nazwie „Dilbar”. Słuchajcie, wiedziałem, że niektóre jachty są ogromne, ale jak zobaczyłem go z bliska to szczerze szczęka mi opadła, przepraszam za określenie ja pier…. czegoś takiego to się nie spodziewałem. 156 metrów długości a wysokość spokojnie jak piętnasto piętrowy blok. Ogrom! (Moje szczere zdziwienie na selfiaku i kilka zdjęć Dilbara). Pierwsze CV w ramach chodzenia po porcie złożyłem oczywiście na tym statku, jeszcze milczą…

IMG_6423 IMG_6437 IMG_6431 IMG_6428 IMG_6425 IMG_6451

5. Kolejna sprawa to granie i śpiewanie na ulicy. Myślałem, że nie przysporzy mi to większych trudności, a tu jednak! Pierwszego dnia trema mnie zjadła i nie dałem koncertu na bulwarze. Cały drugi dzień mnie to męczyło, aż w końcu się przemogłem! Zagrałem przed jedną ze znanych antibskich knajpek „The Hop Store”. Grałem około godzinę. Nie mogę jednak występu zaliczyć do udanych bo moja gitara akustyczna była zbyt cicha a w miejscu, w którym grałem i śpiewałem straszny gwar, ale uwaga zarobiłem niecałe 3 euro! Trzeciego dnia przygotowałem się trochę bardziej, znalazłem bardziej przyjazne miejsce, w bramie, gdzie akustyka była zdecydowanie lepsza a ruch nawet większy. Grałem ponad godzinę i gdyby niezerwana struna to grałbym dłużej. Dzisiejszy rezultat? Zarobionych ponad 10 euro! Stety / niestety – mimo kartki, którą już Wam pokazywałem ludzie dają kasę a nikt nie chce brać CV, choć widać w ludziach aprobatę i życzą szczęścia…. Ten temat muszę jeszcze dopracować…

Podsumowując: agencje pracy i wszystkie porty od Antibes do Cannes zaliczone. Pracy jeszcze nikt nie zaoferował, ale ciągle chodzę i jej szukam. Oczywiście nie poddaję się! Jutro wybieram się do Monaco, może to właśnie tam czeka na mnie moje szczęście (jak nie w porcie to na bank w kasynie!) Wracając z Monaco do Antibes zajadę do mojego dobrego znajomego do Eze. Może nawet pogramy i pośpiewamy. Znacie go chyba wszyscy, śpiewa w takim irlandzkim zespole, co zwie się U2.

Trzymajcie kciuki! i dzięki za ogrom wsparcia!

jeszcze kilka fotek z Antibes i Cannes:
IMG_6416 IMG_6418 IMG_6427 IMG_6436 IMG_6441 IMG_6445 IMG_6446 IMG_6448 IMG_6450 IMG_6459

Z gitarą pod pachą na Lazurowe Wybrzeże

Nasłuchałem się opowieści niby wyssanych z palca, po to aby biegać z maską gazową po zadymionej piwnicy, skakać do wody w skafandrze i wystrzeliwać w niebo flary ratunkowe. (No prawie jak Bruce Willis w Szklanej Pułapce.) Po co to wszystko? Żeby zmienić swoje życie, rzecz jasna.

Kiedy nieco ponad dwa lata temu pierwszy raz dowiedziałem się o pracy na jachtach, nie mogłem uwierzyć, że opowieści, które słyszę, są prawdziwe. Były tak nierealne, że przez bardzo długi czas myślałem, że to jakaś ściema. Jednak coś sprawiało, że przysłuchiwałem się im uważnie. Może już wtedy podświadomie wiedziałem, że to może być nowy sposób na życie i zobaczenie świata. Nie raz i nie dwa moja przygoda zaczynała się od jakiejś imprezy. Tak było i tym razem.

W 2014 roku wybrałem się na Snow Show Music Festiwal do Francji. Wcześniej słyszałem o tej imprezie wiele dobrego, więc sam postanowiłem sprawdzić, czy faktycznie jest warta takiego rozgłosu. Mimo bardzo długiej drogi, chciałem jechać autobusem, aby rozpocząć integrację z ludźmi już na rogatkach Warszawy. Jednak ten plan legł w gruzach, bo do wyjazdu dołączył mój kolega, który zachęcał do podróży samochodem. Uległem po długich namowach i to mi przypadł obowiązek skompletowania załogi do auta. Zgłosiło się dwóch gości, skład był kompletny. Dobrze, że nie wsiadłem do autokaru, bo do Francji mógłbym nie dojechać w jednym kawałku. Primo, pierwsze ofiary były już w Łodzi – ktoś skręcił kostkę, ktoś inny coś zwichnął. Secundo, jednym z moich współpasażerów, który także nie wszedł do felernego autobusu, był Tomek – chłopak ze Śląska, z którym przed wyjazdem obmyśliliśmy na Fejscie cały scenariusz wypadu. Plan zakładał karton wódki na cały tydzień… i jak zwykle cały misterny plan w pizdu – butelek zabrakło.

Już po rozmowach na FB spostrzegłem, że typ jest pozytywnie i zdrowo porąbany. Od razu wiedziałem, że rąbali nas w tym samym lesie. Jak już wspomniałem, droga była długa. Podczas wielogodzinnych rozmów o wszystkim i o niczym zastanawiała mnie tylko jedna rzecz: dlaczego tylko Tomek nie gada o pracy. Co więcej, podczas całego wyjazdu unikał tego tematu jak ognia, więc nie tylko ja łamałem sobie głowę nad jego tajemniczością. Skryty Tomek w końcu pękł i powiedział, że pracuje dla jakiegoś milionera na jego luksusowym jachcie, który pływa po całym świecie – od Lazurowego wybrzeża, przez Karaiby, aż po Hawaje. I tak przez cały rok! Urlop? A i owszem – takiemu marynarzowi co kwartał przysługuje jeden wolny miesiąc. Krzyknąłem: „WOW!”, a moja ciekawość eksplodowała.

Drążyłem temat jak robak jabłko, zatem usłyszałem tyle nieprawdopodobnych historii, że myślałem, że gościu kłamie mi prosto w oczy, a ja to wszystko łykam jak młody pelikan. Ale wiece, co było najlepsze? Wszystko można było sprawdzić, każde niemal słowo. Najpierw patrzyłem na niego z przymrużeniem oka, a po jakimś czasie niczym gąbka chłonąłem każdy szczegół. Tomek z bajkopisarza przeistoczył się w eksperta ds. jachtingu. Doszło też do mnie to, że może być to praca życia, a co najważniejsze, przygoda, na jaką czekam.

I tak od zeszłorocznych wakacji zacząłem przygotowania do tego, co się właśnie teraz dzieje. Robiłem kursy oraz szkolenia, które polecił mi Tomek. Siedziałem tydzień w Gdyni w Akademii Morskiej, zaliczając tzw. BHP na morzu (STCW 95). Latałem z maską gazową i butlą po zadymionej piwnicy, skakałem z paru metrów do wody w skafandrze ratunkowym, wystrzeliwałem flary ratunkowe, i jeszcze masę innych rzeczy, o których siedząc w korpo tylko mogłem pomarzyć. Zrobiłem też patent na motorówki oraz na holowanie narciarza i innych obiektów pływających. Na zakończenie kurs w Lublinie – polerowanie stali nierdzewnej i jej naprawa. Po co ta stal? Największe jachty potrafią być wyposażone w kilkanaście kilometrów barierek z takiej właśnie stali, która ma być zawsze jak funkiel nówka.

Skończyłem szkolenia, lekarz orzekł, że jestem zdolny do pracy na morzu, więc pozostały mi trzy ostatnie elementy:

1. Rzucić papierami w moim przytulnym biurze – to z robiłem z końcem sierpnia. Aha, żeby nie było, swoją pracę bardzo lubiłem. Wyjazdy, eventy, wsparcie sprzedaży. Nudno nie było. Ale w pewnym momencie poczułem wewnętrzną misję sprawdzenia, czy jest życie poza korpo.

2. Wydać Siostrzyczkę za mąż – 10 września powiedziała „tak”. Wesele było bajeczne!

3. 12 września wsiąść w autobus i wyjechać na Lazurowe Wybrzeże, żeby jeszcze przed końcem sezonu załapać się na statek, którym popłynę na Karaiby.

Najwyższy czas się zaokrętować! Jest 13 września, a ja od 20 godzin jestem w drodze do Antibes (koło Nicei). Tam od jutra zaczynam poszukiwania – mam nadzieję – wymarzonego statku, na którym będę pracował. Przygotowałem się do tego najlepiej, jak tylko mogłem. Nauczyłem się nawet kilkunastu piosenek po angielsku, które mam zamiar grać na gitarze, przesiadując wieczorami na bulwarze z taką oto kartką (tak, gitarę też zabrałem):

karton gitarra

Jaki jest plan na najbliższe dni? Jestem umówiony we wszystkich agencjach pracy na jachtach w Antibes. Mam nadzieję, że uda mi się je odwiedzić w środę i w czwartek. Codziennie zamierzam zrobić rundę po portach od Saint Tropez po Monako, wraz z moją gitarą i CV (wydrukowałem 500, powinno starczyć). I tak aż do skutku. Może jakiś kapitan będzie chciał chłopaka z gitarrrą. Wieczorami będę siadał przy bulwarze w Antibes i grał hity ze swoją kartką. Brzmi jak plan?

To trzymajcie, proszę, kciuki. Za kilka dni opowiem, jak mi idzie.

Ahoj!